One pound.

Byłam w Londynie. I  Londynu zostały mi dobre wspomnienia, kawałki piosenek z musicali i 1 funt w kieszeni. Nie lubię używać gotówki w celach do jakich została stworzona, ale te funty są takie przyjemne w dotyku: okrągłe, grube, dużo grubsze niż inne monety które zdarza lub zdarzało mi się mieć w kieszeni, a przez to i dużo cięższe. I jakoś tak ten funt został w kieszeni mojego szarego płaszcza.  I zawsze jak wkładałam płaszcz  i gdzieś szłam (co niestety, ostatnio, nie zdarza się wcale tak często)  trzymałam rękę w kieszeni i dotykałam tego funta. Obracam go w palcach, podrzucam. Upuszczam i podnoszę, gładzę, wszystko w obrębie małego światka mojej kieszeni. Vie de poche? Życie kieszeni. Jeśli wychodzimy z domu rodziny po wizycie i to wychodzenie się przedłuża (a zawsze się przedłuża), bawię się moim funtem. Jeśli czekam w kolejce w piekarni, i zastanawiam się na jakie pieczywo mam dziś ochotę, bawię się moim funtem. Nie wiem kiedy zaczęłam być świadoma mojego funta. On jakoś po prostu zawsze tam był. Chyba nawet nigdy go nie oglądałam, nie wiem z którego jest roku, nie wiem czy jest tam młodziutka Elżbieta czy ta trochę starsza. Nie wiem, czy jest zniszczony czy lśniący. Nie myślę o tym dużo, ale wiem, że był w Londynie, i jakoś jego obecność w kieszeni pozwala mi pamiętać i wierzyć w Londyn, w to, że i ja też tam jeszcze będę. Bo będę, prawda? I że będzie tam teatr. Można będzie usiąść i czekać, aż zgaśnie światło i ucichnie gwar widowni. Jestem pewna, że będę płakać, bez względu na treść sztuki. Z samego tam bycia. Ale nie mogę o tym myśleć, jeszcze nie. A do tego czasu  w mojej kieszeni zostanie funt. Będzie czekał. Będę go obracać w palcach, ważyć i dotykać. Cieszę się, że jest. 

Pojechaliśmy do myjni. Myłam samochód taką fajną rózgą która pluje wodą. I był wiatr. A w płaszczu niewygodnie myje się samochód, płaszcz krępuje ruchy. Zdjęłam go więc i zarzuciłam na jakiś słupek na stacji. Wiatr go zrzucił, i zaczął szargać po  ziemi. Podniosłam płaszcz i zarzuciłam go na siebie.

Wieczorem sobie przypomniałam. Zajrzałam do kieszeni i była pusta. Straciłam funta! Oczyma wyobraźni już, już widziałam go na mokrym asfalcie myjni. Na pewno wypadł, jak bezmyślnie wymachiwałam płaszczem. Chciałam wsiąść w samochód, jechać, szukać, natychmiast go odzyskać, przecież to mój Kieszeniowy Funt, mój Szczęśliwy Funt. Mój funt na przeczekanie. Spędził w mojej kieszeni niemal rok. Nie, ponad rok. Czas za szybko leci. Mój funt. Mój Londyński Funt. Dopiero jak go nie było, zdałam sobie sprawę jak bardzo był. 

Jacek powiedział, że jeśli moneta, nawet za duża, za gruba i za ciężka, żeby stanowić pokarm dla maszyny do mycia samochodów, leżała na ziemi w miejscu, gdzie monetami karmi się maszyny do mycia samochodów, na pewno została znaleziona i pobrana. Że nie ma szas, żeby tam jeszcze była, tyle godzin później. Było mi bardziej smutno, niż powinno. 

Masz może funta? W sensie jednego. Brytyjskiego.

A po co Ci funt?

Bo chcę mieć. W kieszeni chcę mieć. 

Nie zastanawiała się długo, wzruszyła ramionami albo i to nie, jest przyzwyczajona do moich dziwactw większych i mniejszych. Zajrzała w miejsca, gdzie zazwyczaj trzyma się pieniądze z innych krajów. Te wszystkie pudełeczka, saszetki, portmonetki. Miejscach bardziej zakurzone, niż którakolwiek z nas chciałaby przyznać. 

Nie mam!

Ech, no trudno. Nie zakładałam sukcesu, to było pytanie z drobną tylko nadzieją na farta. Chciałabym znów mieć w kieszeni funta. Chciałabym znów obracać zagraniczną walutą. Może trzeba jeszcze poczekać. 

“Znalazłam funta!” Napisała następnego dnia.

Poczułam szczęście. Szczęscie, że dostanę funta. Szczęście, że znam kogoś, kto poszuka dla mnie funta (nawet w dwóch mieszkaniach) jeśli będę go potrzebować, i nie powie, że to głupie.

Wychodziłam, już i narzuciłam płaszcz. Proszę – powiedziała, podając mi monetę. Przyjrzałam mu się z radością i wrzuciłam go do kieszeni, gdzie jego miejsce.  Obracając go w palcach czułam, że świat wraca na właściwe tory. 

Nigdy jeszcze nie kupiłam tyle radości za jednego funta! 

Włożyłam rękę do tylnej kieszeni jeansów. NIE-MOŻ-LI-WE. Tam był mój funt. Ten mój, poprzedni. Ten którego marny los widziałam oczyma duszy po wizycie w myjni. 

Ale… jak to?  On wcale nigdy nie wypadł z kieszeni. Bałam się że wypadnie, wyobraziłam sobie, że mogłoby się tak zdarzyć, stąd w mojej głowie obrazek mokrego, błyszczącego funta na brudnej, asfaltowej podłodze myjni. Czasem łatwo pomylić swoje lęki z prawdą. Nie chciałam, żeby tak skończył, i dlatego włożyłam go do kieszeni jeansów. Dawno nie noszonych, bo teraz taki czas. 

Nie pamiętałam, że to zrobiłam, bo w mojej głowie grasują wiewiórki. 

Teraz mam w kieszeni dwa funty. Dwa funty to jeszcze więcej zabawy. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: