nauczanie zdalne vol. 2 – refleksje i podpowiedzi dla uczniów

(nie jestem do końca pewna, czy to jest tekst na ten blog. Napisałam go z myślą o moich uczniach, ale potem uznałam, że może zaciekawi jeszcze kogoś)

No i stało się. Wraca nauczanie zdalne.

Wczoraj zapadła decyzja, że szkoły wyższe w Warszawie przechodzą na nauczanie zdalne. Czuję mieszankę smutku (bo chciałabym się widywać z uczniami i kolegami i dalej prowadzić to półnormalne szkolne życie, które prowadziliśmy od września), ulgi (bo już się stało, co się miało stać), obaw i znużenia (pandemio, dość mamy, idź sobie!).

Zeszłym razem całe to nauczanie zdalne spadło na nas nagle, a mocno, myśleliśmy, że będzie trwało chwilkę, a trwało długo, byliśmy zupełnie nieprzygotowani… Tym razem wchodzimy w temat dużo bardziej świadomie, bogatsi o doświadczenia i przemyślenia z wiosny i wierzę, że dzięki temu mamy szansę poradzić sobie z obecną sytuacją nieco lepiej.

Próbuję przygotować się do pracy zdalnej, uporządkować myśli, a najlepiej mi się porządkuje myśli, jak piszę, więc oto tekst, który trochę jest zaleceniami dla moich uczniów, a trochę próbą właśnie przypomnienia wniosków, do których doszłam wiosną.

Przypomnijmy sobie, jak było w marcu-czerwcu: co było najtrudniejsze? Co utrudniało pracę? Co przeszkadzało w skutecznym uczeniu się zdalnym? Może którąś z tych trudności dałoby się zaadresować, którąś z przeszkód – usunąć? 

Oczywiście, trudności typu: “do szału doprowadza mnie to, że nie mogę chodzić do szkoły i normalnie gadać z ludźmi” są nierozwiązywalne, ale może można usprawnić swoje funkcjonowanie w nauczaniu zdalnym jakimś konkretnym działaniem? 

Ważne podczas nauczania zdalnego:

Własny komputer/laptop. Oczywiście, jeśli zupełnie nie macie możliwości korzystania z komputera czy laptopa, telefon będzie musiał wystarczyć. Trzeba jednak pamiętać, że uczestniczenie w lekcjach zdalnych przez telefon będzie sporo trudniejsze i bardziej męczące niż z komputera. Ekran telefonu jest mniejszy, telefon nie zawsze sam stoi, więc macie zajęte ręce, przełączanie między aplikacjami czy ściąganie plików może powodować problemy. Jeśli więc planujecie uczestniczyć w nauczaniu zdalnym tylko z telefonu, zastanówcie się, czy na pewno nie ma innego wyjścia. Może rodzice, dalsza rodzina albo koledzy mają w szafie jakiegoś laptopa-trupa, który nie pociągnie już najnowszych gier, ale mógłby służyć za “maszynę do pisania”. A może możecie poprosić rodziców o kupno używanego sprzętu? Jest dużo, dużo tańszy niż nowy, a nie wiemy, jak długo będziemy pracować zdalnie, więc posiadanie sprawnego narzędzia jest bardzo ważne. 

Sprawnie działający komputer/laptop. Sprawdźcie, czy Wasze urządzenie działa dobrze i wszystko u niego ok, czy może potrzebuje np. przeinstalowania systemu albo wywalenia jakichś programów z dysku, żeby działało szybciej. Ponieważ w “normalnych czasach” mój laptop nie jest moim głównym narzędziem pracy, często go zaniedbuję, mam bałagan na pulpicie, i ciągle klikam “przypomnij mi jutro”, jak dopomina się o aktualizacje. Teraz Wasz laptop/komputer będzie Waszym “centrum dowodzenia wszechświatem” i będziecie potrzebowali, żeby działał dzielnie wiele godzin, więc może ten weekend to dobry moment, żeby go nieco odkurzyć, dopieścić i zainstalować aktualizacje. Jeśli sami nie potraficie, zastanówcie się kto mógłby pomóc. Może rodzice? Może bardziej ogarnięta koleżanka? Może szkolny informatyk? 

• Słuchawki. Słuchawki są super, bo:

– cała rodzina i kot nie musi słuchać Waszych lekcji;

– łatwiej się skupicie na lekcji, jeśli będziecie słyszeć dźwięki z jednego źródła (słuchawki) zamiast z wielu (lekcja z komputera, lekcja brata z drugiego komputera, pralka, szczekanie psa, muzyka i rozmowy z kuchni…

– mózg się mniej męczy, jeśli nie musi przez wiele godzin “wyławiać” dźwięków lekcyjnych spośród dźwięków otoczenia, tylko ma je “podane” przez słuchawki.

-słuchawki zazwyczaj mają jakiś mikrofon, więc jeśli będziecie zabierać głos na lekcji, to inni usłyszą Was dużo, dużo lepiej, niż gdybyście mówili do laptopa czy komputera bez słuchawek.

Myślę, że słuchawki to bardzo ważna inwestycja na ten moment. Ja w ogóle mam kilka różnych par słuchawek, do różnych celów: takie na kabelku, z mikrofonem, żeby było mnie naprawdę dobrze słychać, jak gadam na lekcji; takie bezprzewodowe: z nieco gorszym mikrofonem, ale pozwalające odejść na chwilę od komputera czy telefonu, chodzić, ruszać się np podczas tutoringu; takie duże, kiedy już myślę, że mi uszy odpadną od ciągłego używania małych słuchawek. 

Wygodne miejsce do nauki. Niestety, będziemy siedzieć przed komputerem przez wiele godzin.  Szkoła znów wkracza do domu. Zastanówcie się, czy jest coś, co moglibyście zrobić, żeby uczynić swoją przestrzeń gdzie będziecie się uczyć wygodniejszą. Może Wasze krzesło od dawna zabija Wasz kręgosłup, i nadszedł czas na wycieczkę do sklepu? Może na Waszym biurku mieszkają sterty wszystkiego i niczego, brudne skarpetki, plastikowe butelki i zaschnięte talerze? Czas je stamtąd wygonić! Oczywiście, zdalne nauczanie nie zmieni nas wszystkich w osoby super porządne i non stop sprzątające, ale uwierzcie mi – łatwiej jest się skupić, jeśli wokół nas panuje porządek. A może w ogóle nie macie biurka, bo generalnie i tak wolicie uczyć się w łóżku? 

Rozdzielenie przestrzeni szkolnej od relaksacyjnej. Bardzo rozumiem uroki uczenia się w łóżku (miękko, ciepło, po co się ubierać?!) ale to bardzo niebezpieczna sytuacja. Po pierwsze, w łóżku, w piżamie, dużo łatwiej jest zasnąć, więc jeśli nie chcecie, żeby Wasze chrapanie zabawiało grupę, wypełznijcie z łóżka przed lekcjami! A na poważnie: wiem, że nie każdy z nas dysponuje osobnym pokojem, który może zostać “gabinetem”, ale bardzo bardzo bardzo zachęcam, żeby  urządzić sobie “kącik do pracy”, i żeby w jasny sposób oddzielić go od miejsca do odpoczynku. Dlaczego? Wytłumaczę w sposób bardzo uproszczony. Nasze mózgi używają informacji z otoczenia, żeby wiedzieć co robić i “na co się nastawiać”. Dlatego, jak poczujemy zapach jedzenia, zaczynamy często być głodni, a zapach kawy i widok kawiarnianych krzeseł nastraja nas na wypicie kawy… Nasz mózg, siedząc (razem z ciałem) w łóżku, ma strasznie trudne zadanie, bo musi pogodzić bardzo, ale to bardzo sprzeczne bodźce: “yyy ale jak to? jeśli mam robić zadanie z matmy, to co tu robi ta poduszka? Jeśli mam się relaksować, zabierz te koniugacje ode mnie!”. Pół biedy, jeśli uczenie się z łóżka sprawi, że mało skupicie się na lekcji. Gorzej, jeśli zaangażowanie w działanie szkolne z łóżka czy kanapy sprawi, że kiedy położycie się na nich celem relaksu i wypoczynku… nie będziecie mogli się wyluzować. I zasnąć. Bo przecież: “tu się pracuje”… Apeluję więc: ułatwmy naszym mózgom zdanie i przekażmy im spójną wiadomość: “patrz mózgu, to jest miejsce do pracy, tu się siedzi, nie śpi, tylko skupia, notuje i uczy”. “Patrz mózgu, tu jest to urocze miejsce do którego wracamy w celach czysto rekreacyjnych, tutaj możesz się wyluzować”. Jeśli stworzenie osobnego miejsca do nauki jest zupełnie niemożliwe, bo macie rodziców, którzy pracują zdalnie i trójkę rodzeństwa uczących się zdalnie albo z jakiegoś innego powodu zupełnie nie możecie zarządzać przestrzenią i musicie działać z tego nieszczęsnego łóżka, zróbcie cokolwiek, żeby pomóc swojemu mózgowi rozróżnić, kiedy jest praca, a kiedy nie. Niech na czas lekcji to Wasze łóżko będzie pościelone i przykryte narzutą, piżama zmieniona na dres i bluzę, a zęby umyte. To naprawdę pomaga się skupić. 

Wstawanie i przechodzenie ze snu do nie snu. Och, to okropne wstawanie rano! Wiecie, że nastolatki mają “cofnięty” zegar biologiczny o ok. 2h w stosunku do dorosłych? To oznacza, że jeśli na zegarku jest 7:00,  to nastolatek czuje się tak, jakby była 5:00. To by wyjaśniało, dlaczego pierwsze lekcje bywają tak dużym wyzwaniem. Uczenie zdalne o tyle może Wam ułatwić zadanie, że nie musicie dojeżdżać do szkoły i tracić czasu na transport. To oznacza więcej spania o poranku, a to dobra wiadomość dla Waszych mózgów! Jest jednak i trudność: w “normalnym” świecie trochę nas rozbudza konieczność “wybrania się” z domu, i cały proces docierania do szkoły i klasy, teraz jednak musimy sami przejąć odpowiedzialność za przepchnięcie się ze stanu “sen” do stanu “działanie”, niemal nie zmieniając otoczenia. To bywa trudne! Dla mnie najskuteczniejszym sposobem przejścia ze snu do nie snu jest prysznic. Bez tego nie funkcjonuję. Dla Ciebie może być to coś zupełnie innego. Herbata? Spacer? Kilka minut na rowerku treningowym? W każdym razie: spróbuj wstać jakiś czas przed pierwszą lekcją –  to pozwoli Ci coś zjeść, i rozbudzić się, i pomoże uniknąć sytuacji, w których ciało niby jest obudzone, a mózg jeszcze nie. 

Jeśli jest Ci ciężko wstać – nastaw alarm w telefonie położonym daleko od łóżka, możesz też poprosić kogoś o obudzenie Cię na czas: może to być ktoś z domu lub znajomi: można powiedzieć komuś  “zadzwoń do mnie, i dzwoń tak długo, aż się obudzę i odbiorę”.

Komunikacja Jeśli nie rozumiesz, o co chodzi nauczycielowi i nie wiesz, co masz zrobić, poczekaj chwilę, aż skończy polecenie (a nuż się wszystko wyjaśni), a jeśli nadal nie rozumiesz, zapytaj, co masz zrobić zaraz po tym, jak nauczyciel zleci wykonanie zadania, a nie dopiero, kiedy pyta Cię o odpowiedź/przychodzi czas oddania pracy. Pamiętaj, w klasie nauczyciel ma szansę sam “wyłapać”, że masz problem i potrzebujesz wsparcia, a podczas lekcji online jest to znacznie trudniejsze, musisz przejąć więcej odpowiedzialności za swoją pracę i komunikowanie się.

Skupienie lub jego brak. Jeśli uczestniczysz w lekcji, ale jednocześnie robisz coś innego (np. żeby lepiej się skupić) to jest OK. Niektórym łatwiej jest słuchać np. rysując czy szydełkując. W “normalnym” świecie też czasem to robimy, zresztą oczy potrzebują odpoczynku od ekranu. Pamiętaj jednak, żeby zachować czujność i pilnować, żeby to co robisz, nie pochłonęło Cię całkowicie. Każdy ma inne możliwości koncentracji, ale z moich obserwacji wynika, że o ile rysowanie, szydełkowanie czy “klikanie” w jakąś super prostą grę czasem pomaga słuchać, o tyle gotowanie, granie w zajmujące i głośne gry, czytanie facebooka czy oglądanie Netflixa w czasie lekcji może sprawić, że nie skupisz się na lekcji na tyle, żeby z niej skorzystać. Pokusa jest silna, ale naprawdę bardziej opłaca się zrobić podczas lekcji to, co jest do zrobienia, niż zostawiać to na później, i siedzieć nad „szkolnościami” jeszcze po zakończeniu lekcji. 

• Oczywiście, jeśli ktoś inny odpowiada czy rozwiązuje zadanie, a Ty masz pewność, że dany materiał ogarniasz, możesz na chwilę otworzyć inne okno w komputerze, to w porządku. Postaraj się jednak zachować skupienie na tyle, żeby choć w przybliżeniu wiedzieć, co się dzieje, np. jaki jest temat, czy które ćwiczenie robimy, etc.

• Spróbuj ograniczyć “rozpraszacze” podczas lekcji: jeśli to możliwe, poszukaj miejsca, gdzie inni domownicy nie będą Ci (za bardzo) przeszkadzać, ani sprawiać, że czujesz się nieswojo, biorąc czynny udział w lekcji (np. przykład mówiąc w obcym języku)

• Jeśli wołają Cię rodzice czy rodzeństwo (a to, czego od Ciebie chcą nie jest bardzo pilne) powiedz im, że masz lekcję: jak chodziliśmy do szkoły też bywałeś/łaś niedostępny/a, i mimo że Mama zrobiła zupę, nie mogła Ci jej od razu dać. 

• Postaraj się, żeby potrzeby Twoich zwierząt nadmiernie nie zakłócały pracy: złoszczenie się na kota, który zrzuca długopisy ze stołu, czy monolog do pragnącego spaceru psa nie wpływa dobrze na koncentrację grupy.

• Postaraj się zadbać o zaspokojenie głodu przed lekcją, to pomoże się skupić. Jeśli musisz  zjeść w czasie lekcji, wycisz mikrofon, chrupanie i siorbanie może rozpraszać innych.

Kamera i mikrofon. ON or OFF?

Oto jest pytanie. Odpowiedzi na nie może być tyle, ilu jest uczniów i nauczycieli. Zdaję sobie sprawę, że temat jest mocno kontrowersyjny i wzbudzający wiele emocji. Niektórzy uczniowie mówią: “nie chcę włączać kamery i mikrofonu, bo źle się czuję, kiedy widzę siebie na ekranie, no i nie chcę żeby inni widzieli moje mieszkanie” i totalnie ich rozumiem. Niektórzy nauczyciele mówią: “ale jak wyłączą kamerę i mikrofon to skąd ja mam wiedzieć, że oni tam w ogóle są i nie gadam do samego siebie?” i ich też rozumiem. 

Ja sama wolę mieć wyłączoną kamerę podczas rad pedagogicznych czy spotkań w fundacji. Dziwnie mi się patrzy na własną twarz na ekranie, od razu włącza mi się też krytyk wewnętrzny: widzę niedoskonałości skóry, zauważam, że w porównaniu do innych na ekranie, moje okienko jest najbardziej dynamiczne, non stop się ruszam, widzę swoją mimikę i wydaje mi się, że robię głupie miny…Ugh!  Podobnie z mikrofonem. Wolę go wyłączyć, no bo jak mi kot wejdzie na klawiaturę, i powiem mu w żołnierskich słowach co o tym sądzę, to nie chcę, żeby inni słyszeli. A ja mam w domu w czasie lekcji tylko koty, więc i tak mam łatwo! Myślę, że wszyscy braliśmy udział w tylu spotkaniach online, że nie muszę nikomu wyjaśniać czemu ŁATWIEJ jest mieć wyłączony mikrofon i kamerę. 

Muszę się jednak przyznać, że kiedy mam włączoną kamerę i mikrofon, jestem bardziej skupiona. Mniej mnie “korci”, żeby odpłynąć w jakieś inne rejony komputera, bo mam świadomość, że inni mnie widzą i słyszą, jestem bardziej obecna i czuję się bardziej “w kontakcie” z mówiącym.  

Podsumowując, włączanie lub nie włączanie kamerki czy mikrofonu może zależeć od wielu rzeczy:

– od typu lekcji (bardziej “wykładowa” której można słuchać niemal jak podcastu vs bardziej “warsztatowa”, gdzie każdy coś mówi, używa się pomocy wizualnych, etc)

– od naszego samopoczucia danego dnia 

– od naszego otoczenia (słyszałam o rodzinie, w której 5 domowników pracuje lub uczy się zdalnie, więc codziennie losują, kto gdzie będzie pracował, a w puli jest: salon, sypialnia, gabinet, kuchnia, łazienka. I jak ktoś wylosuje salon, to włącza kamerę, a jak łazienkę: woli nie…)

– od jakości internetu, tak po stronie prowadzącego jak uczestników

I od wielu innych, i chciałabym, żeby obie strony miały dużo wyrozumiałości dla siebie nawzajem i dla różnych stanów gotowości do uczestnictwa.

Nie będę więc od nikogo się domagać włączenia kamery, nie mogę jednak oprzeć się przekonaniu, że jeśli uczniowie będą zawsze działać na wyłączonym mikrofonie i wyłączonej kamerze, istnieje ryzyko, że przestaną czuć się jak aktywni uczestnicy procesu uczenia się i nauczania, a zaczną czuć się jak znużeni widzowie. Lekcja to dla mnie nie spektakl, a spotkanie. I chcę, żeby uczniowie się na niej ze mną spotkali. Chcę, żeby uczniowie byli aktywnymi współtwórcami lekcji, uczestnikami, od których wiele zależy, i których żywa obecność jest niezbędna, żeby lekcja miała sens. Dla pasywnych widzów w internecie jest wiele ciekawszych rzeczy. 

how much is too much, how much is not enough? czyli post nieco marudny, bo akurat mam taki moment, że mi się wydaje, że nie umiem w komunikację

jeśli nie odpowiadam na wiadomości/maile/smsy od razu, obawiam się, że jestem dupkiem: przecież ktoś może chcieć coś pilnego, a ja nie czytam, nie reaguję, nie odzywam się.

jeśli odpowiadam na wiadomości/maile/smsy od razu, obawiam się, że jestem męcząca, narzucam się, i nic nie można do mnie napisać, bo potem nie będzie można się ode mnie opędzić, będę zagadywać, nawet głupiego obrazka nie można mi wysłać, żebym nie wciągała w rozmowę, a czy ktoś ma na to czas?

jeśli do kogoś nie piszę, nie pytam “hej, co u Ciebie?” obawiam się, że jestem dupkiem: no bo jak się często nie odzywam, to zaniedbuję ludzi, nie pamiętam o nich, nie szukam kontaktu, nie pokazuję, że są ważni.

jeśli jednak do kogoś piszę, obawiam się, że jestem męcząca, narzucam się, i naprawdę, ann, czy myślisz, że inni ludzie nie mają nic lepszego do roboty, niż gadać z Tobą? Po co znów im zawracasz głowę?

jeśli odpowiadam na wiadomość/mail/sms/komentarz krótko i zdawkowo, obawiam się, że jestem dupkiem: ktoś chce ze mną pogadać, a ja go tak ścinam, nie jestem uważna i dostępna

jeśli odpowiadam na wiadomość/mail/sms/komentarz dłuższym tekstem, obawiam się, że jestem dupkiem: ktoś chciał tylko coś krótko zakomunikować, a ja od razu muszę analizować, wygłaszać opinię, zawłaszczać temat, ugh.

jak nie być dupkiem*?

* nie wiem. Choć fajnie jest mieć takich ludzi, z którymi można się jasno i konkretnie dogadać co do tego, jaki level komunikacji jest akceptowalny dla obu stron. Wtedy można na chwilę przestać czuć się dupkiem. Chyba, że coś się zmieni. Albo że sobie wymyślimy, że się coś zmieniło. Albo nas ogarnie RSD, ale to temat na inny wpis.

(nie)mistrz komunikacji

Nie jestem mistrzem komunikacji i rozumienia. Albo właśnie jestem. Oba stwierdzenia są prawdą. Kot Schrödingera podrapie mi kanapę albo nie podrapie.

Nie jestem mistrzem komunikacji

Bo często nie rozumiem, o co właściwie chodzi innym ludziom i dlaczego robią to, co robią, mówią to, co mówią. Czego oczekują, czego potrzebują, co nimi kieruje. Często nie rozumiem prostych rzeczy, które inni rozumieją bez problemu, źle interpretuję to, co się do mnie mówi lub to, co widzę. Zdarza mi się nie rozumieć nawet w “normalnych” sytuacjach komunikacyjnych, nie mówiąc już o zjawiskach typu ironia, żarty, sarkazm, zawoalowane sugestie czy (ugh) komunikaty pozawerbalne… Gubię się w nich zupełnie. Poważnie rozważam zrobienie sobie koszulki z napisem “nie potrafię w sarkazm”.

Zamieszanie
Często, przez te swoje błędne interpretacje, boję się, choć nie ma czego; czasem coś nadinterpretuję, robię z czegoś wielką“sprawę”, choć żadnej sprawy jej nie ma, próbuję rozwiązać nieporozumienie, choć istnieje ono tylko w mojej głowie; robię dramat, choć nic się nie stało. Tylko ja źle zrozumiałam. Myślę wtedy: “ann, musisz mniej się przejmować, mniej rozmyślać, i nie przykładać do wydarzeń i słów tak wielkiej wagi, wtedy będzie lepiej”.

I uważam, że to super porada, do czasu gdy okazuje się, że… przeoczyłam coś ważnego. Bo nie zauważyłam jakichś bardzo jasnych i oczywistych (zdaniem innych) komunikatów, zignorowałam coś, i wyszedł z tego problem. Myślę wtedy: “ann, musisz się bardziej przejmować, więcej myśleć, przykładać do wydarzeń i słów większą wagę, wtedy będzie lepiej”.

Podsumowując: wydaje mi się, że nigdy nie mogę dobrze trafić z… ilością znaczenia przypisywanego temu, co dzieje się wokół mnie. Albo “wymyślam” sytuacje, których nie ma, albo nie widzę sytuacji które są. To co, powinnam patrzyć na świat bardziej czy mniej uważnie?

Interpretacje
Ludzie (chyba?) interpretują innych, opierając się na sobie, (rozumują jakoś tak: “jeśli płaczę, chcę, żeby mnie przytulić” czyli: “jeśli ty płaczesz, trzeba cię przytulić”) poczynając od najprostszych spraw, a kończąc na najtrudniejszych.

Niestety, nie bardzo mogę polegać na tym systemie, bo (czego dowodzą lata doświadczeń) niezwykle często moje sposoby wyrażania rzeczy, moje reakcje, oczekiwania, potrzeby etc NIE są takie jak większości.
Wiem już więc, że “jak ty robisz/mówisz xyz, to zapewne NIE znaczy tego, co znaczy gdy ja robię/mówię xyz”.
To ważna wiedza. Gorzej, że czasem zupełnie nie wiem, co xyz w takim razie znaczy.

Pytać czy nie pytać?
Trudno mi też zdecydować, kiedy dopytywać ludzi o znaczenie ich zachowań, a kiedy nie. Próbuję powiedzieć, że trudno mi zdecydować, co się będzie bardziej “opłacać” komunikacyjnie czy relacyjnie, czyli co pozwoli mi… mieć udaną interakcję z kimś innym. Powiedzmy że ktoś robi xyz, a ja nie wiem, co to znaczy. Albo mam jakąś interpretację, ale nie jestem jej pewna (gdyż: patrz wyżej, wiem, że często nie trafiam).

Opcja 1: zostać przy mojej interpretacji tego co widzę/słyszę, nie dopytywać.
To bywa ryzykowne, bo ludzie się złoszczą, jak się ich źle zrozumie; myślą np. że się im coś zarzuca, albo dziwią się: “no ale skąd Ci to przyszło do głowy”? Przecież wiadomo, że chodziło mi o abc a nie xyz!

Opcja 2: zapytać, co mają na myśli, żeby wiedzieć na pewno i uniknąć nieporozumienia.
To ryzykowne, bo ludzie się złoszczą, jak się ich uporczywie dopytuje o coś, co im się wydaje zupełnie jasne; myślą, że się ich niepotrzebnie “męczy”, jest się złośliwym albo nierozumnym. Czasem nie lubią faktu, że moje pytania zmuszają ich do głębszej refleksji. A czasem lubią. Więc chyba generalnie wolę pytać.

Jestem mistrzem komunikacji.

Bo trening czyni mistrza. A ja spędziłam lata i setki stron (jeśli nie tysiące, regularnie piszę, żeby poukładać sobie świat) próbując zrozumieć innych.

Przez lata nierozumienia i zagubienia pracowałam nieustępliwie nad tym, żeby rozwinąć strategie, które pomogą mi jakoś jednak wejść w komunikację z tym niejasnym, nieprecyzyjnym, i czasem trudnym światem. Patrzę więc uważnie, czasem za uważnie. Słucham uważnie, i zapamiętuję to, co się do mnie mówi (a w każdym razie to, co wydaje mi się relewantne). Nauczyłam się dużo pytać, nauczyłam się słuchać, nauczyłam się bardzo dużo o działaniu ludzkiego mózgu, emocjach, procesach myślowych i decyzyjnych. O tym, co ułatwia a co utrudnia komunikację. I uporczywie się komunikuję.
Nie mam luzu właściwego osobom, którym zrozumienie świata i bycie w nim przychodzi samo z siebie, więc bardzo dużo ćwiczyłam. Więc bardzo dużo wiem. Wiem jak gadać ze sobą, żeby dojść o co mi chodzi. Wiem, jak gadać z innymi, żeby dojść, o co im chodzi (jeśli oczywiście nie zamęczę ich po drodze i nie uciekną). Czasem wiem nawet jak pomóc komuś dojść do tego, o co mu lub jej chodzi. Bo mam praktykę. Lata praktyki w poszukiwaniu sensu.

Fragmenty rzeczywistości

Fragmenty rzeczywistości. Ludzie w spektrum mają problem z całościowym postrzeganiem świata.

Często używa się metafory „lasu i drzew”, czyli że człowiek w spektrum nie widzi lasu jako całości, dużego, złożonego ekosystemu, tylko raczej gapi się na szczegóły: tu grzyb, tu świerk, tu gałązka a tu żuczek na jagodzie, a ta jagoda taka piękna, czarna i błyszcząca, i jak pachnie. Cały świat jest wtedy o jagodzie.

Zdecydowanie tak mam. Widać to właściwie w każdym przejawie mojego kontaktu ze rzeczywistością. Widzę, potrafię utrzymać w myślach tylko mały wycinek świata, nie dostrzegając szerszego kontekstu. Mogę potem przyjrzeć się następnemu wycinkowi, ale wtedy pewnie zapomnę, co wiem o tym, na który tak uważnie patrzę teraz.

Nawet zdjęcia tak robię, jeśli w ogóle je robię. Obce mi są zasady kompozycji, nie umiem ustawiać obiektów względem siebie, dużo za to korzystam z funkcji „zoom”.

Czasem taki sposób postrzegania świata jest bardzo przyjemny, głębokie zanurzenie się w jeziorze, ciszy, ulubionym utworze czy oczach drogiej osoby bywa doświadczeniem niemal mistycznym. Takie patrzenie, zatrzymanie i głęboka koncentracja umożliwia też czasem dostrzeżenie szczegółów, które umykają innym. Często jednak nadmierny „zoom myślowy” prowadzi do uproszczeń, przekłamań czy nieporozumień, w bardzo wielu kwestiach.

Mam więc swoją rzeczywistość, która składa się z różnych klocków czy kafelków. Większych i mniejszych, kolorowych, błyszczących, jasnych, transparentnych i całkiem czarnych. I trudność bywa taka, że czasem skupiam się nadmiernie na czymś, co lepiej by zostawić w tle. A ja nie umiem, bo nie mam tła. Świat składa się z niezliczonych pierwszych planów. Chciałabym lepiej zarządzać tym, co „ląduje” na pierwszym planie.

O potrzebie bycia słuchaną

Ludzie mówią, że lubię dużo mówić. Lubię? Uwielbiam! Uwielbiam dużo mówić i uwielbiam, kiedy mnie ktoś słucha. W liceum, moja bliska koleżanka powiedziała (dobrodusznie, ze śmiechem i czułością): “ann, ale Ty nie potrzebujesz przyjaciela, Ty potrzebujesz dyktafonu!”. Zaśmiałam się wtedy, ale zabolało ogromnie, nadal pamiętam te słowa, jakieś 20 lat później. Głównie dlatego, że nie były jakoś szalenie dalekie od prawdy. Przestraszyłam się, że to prawda, i że jestem złym człowiekiem. Egoistką i narcyzem, który interesuje się tylko sobą. Czy jestem? Być może, w jakimś stopniu. Przez wiele lat bez większych protestów przyjmowałam te etykietki. Teraz rozumiem to trochę inaczej.

Bardzo potrzebują być uważnie wysłuchaną. Dlaczego? Głównie dlatego, że dopiero wtedy, kiedy ktoś mnie słucha, mogę spowolnić swoje myśli na tyle, żeby stworzyły jakąś koherentną całość… Bo zanim zacznę o nich mówić, są po prostu strzępkami słów i idei krążącymi w mojej głowie, i sama nie umiem ich złapać. Wpadły wam kiedyś płatki kukurydziane do wanny? Bardzo trudno je wyłowić, bo tak wirują i w dodatku miękną od wody i ciężko je złapać. Tak robią moje myśli, nie mogę ich schwytać, nie mogę się sama posklejać i stać się całością więc często… potrzebuję świadka, żeby zebrać myśli. Potrzebuję, żeby ktoś mnie słuchał, żebym mogła… sama dowiedzieć się, co myślę.

Czy to nie jest nieco egoistyczne? Być może, ale moi bliscy wiedzą: bardzo chętnie odwdzięczę się tym samym. Albo czymś innym, czego potrzebują. Jeśli potrzebujesz uporządkować myśli i emocje, jeśli potrzebujesz kogoś, kto będzie dla Ciebie “trzymał przestrzeń” i posłucha Cię bez osądzania, możesz przyjść do mnie. Jeśli nie będę w pracy i nie będę w biegu: wysłucham. Jeśli będę w pracy lub w biegu, dam Ci znać, kiedy jestem wolna. Więc możesz zawsze do mnie napisać/zadzwonić.
A i ja, może, przyjdę do Ciebie, kiedy będę potrzebować wsparcia. Więc jeśli widzisz, że jest mi ciężko, a Ty jesteś blisko i chcesz pomóc, nie zastanawiaj się, czego potrzebuję. Zapytaj. W ogromnej większości przypadków odpowiem, że najlepsze, co możesz zrobić, to dać mi się wygadać, rozplątać kłębki myśli, nawlec na sznurek koraliki słów. Złapać te corn flakesy zanim się rozmoczą. Zobaczyć bałagan w mojej głowie w nowym świetle.

Czasem odpowiem, że nie chcę mówić o tym, co mnie boli. To nie będzie prawda. Zawsze CHCĘ mówić o tym, co mnie boli (bo jak boli, to jest intensywne i zostawia mało miejsca na inne rzeczy) ale czasem, z różnych powodów, DECYDUJĘ, że nie będę mówić. Bo czasem nie chodzi tylko o mnie. Bo czasem lepiej nie mówić, albo słowa nie są moje do wyjawiania i mówiąc, naraziłabym innych. Wtedy uszanuj ciszę. Ale spokojnie, nie zdarza się to często. Zazwyczaj bardzo chcę mówić, i szukam słuchaczy.

Wiem, że czasem nie będziesz mieć siły mnie słuchać. To naturalne. Też miewam dość ludzi, a tym bardziej gaduł, nawet gaduł które bardzo lubię. Jeśli więc nadal mówię, a Ty już nie chcesz, proszę, nie czekaj, aż sama się zorientuję, że nie masz na mnie siły. Powiedz mi to. Nie obrażę się!
Moje zdolności w rozpoznawaniu cudzych emocji, jeśli nie wyrazi się ich słowami, nie są godne zaufania. Czasem widzę za mało, czasem za dużo. Jeśli więc każesz mi się samodzielnie domyślać, co czujesz, jest spora szansa, że nie “załapię” czegoś co próbujesz mi zakomunikować językiem ciała, albo że zinterpretuję sobie coś, czego zupełnie nie miałeś na myśli. No chyba, że się naprawdę wkręcę w to co mówię (Hamilton! Laura! Teatr! Nauczanie języków! Islandia! jakakolwiek nowa/stara obsesja!). Wtedy może się okazać, że umarłeś, a ja nadal do Ciebie mówię.
Komunikujmy się słowami! Ja zacznę.

Diagnoza, czyli niezły plot twist

Jak się czuje człowiek po diagnozie? Trochę tak, jak kiedy na koniec filmu widzimy jedną scenę, THE scenę, która zupełnie zmienia znaczenie wszystkiego, co widzieliśmy do tej pory. Na przykład, że chłopiec widzi martwych ludzi. Albo, że tych dwóch panów, to tak naprawdę jeden pan. I on walczył z samym sobą, przez cały ten czas. Albo, że on jej nie zabił, to było samobójstwo. Wtedy trzeba sobie przypomnieć cały film i mówi się “a, a okej, teraz rozumiem”, “aha, to o to chodziło!” etc. Niemal każdą scenę trzeba przemyśleć jeszcze raz, biorąc pod uwagę tę nowo pozyskaną informacją. Tyle, że teraz robię tak ze swoim życiem. I piszę o tym, bo może komuś się przyda.

Ludzie i rośliny

Koleżanka opowiedziała mi ostatnio o swoich roślinach. Ma ich w domu dużo, i się nimi dzielnie zajmuje, podlewa, spryskuje wodą, zapewnia cień albo słońce, zmienia ziemię, dodaje odżywki, i robi inne takie magiczne sprawy. Ja nie bardzo umiem w rośliny, więc słuchałam z niekłamanym zachwytem. Widziałam też ostatnio rośliny w sklepie (zawsze mam je ochotę kupować, ale dla innych ludzi, nie dla siebie, bo wierzę, że inni ich może nie zabiją), no i one miały takie małe karteczki wsadzone w ziemię w doniczce. A na karteczce nazwa, i kilka kluczowych wymagań: info o tym, czy dana roślina potrzebuje dużo słońca, czy raczej nie, jaką ziemię lubi, jak często podlewać, takie tam. Fajne! Przydatne!
No bo ej, rośliny wyglądają dość podobnie, nie? Na dole korzonki, na górze zazwyczaj zielone, jakieś liście, jakieś kwiaty może, a potrzeby bardzo różne! Skąd człowiek ma wiedzieć, co z taką zrobić, żeby było dobrze, czy ona padnie za chwilę na parapecie z pragnienia, czy raczej z nadmiaru wody, i co zrobić, żeby jednak nie padła, i żeby się cieszyć nią dłużej? Strasznie stresująca sprawa. Dobrze, że są te karteczki, dzięki nim ma się przynajmniej zupełnie podstawowe info o tym, co robić, żeby było ok.
Żeby nie zabić, żeby nie zranić.

I wtedy mnie olśniło: czy ludzie też nie mogliby mieć takich karteczek? Bo też niby wyglądają dość podobnie, a o każdego troszczyć się należy inaczej. Wiem, wiem, że z ludźmi byłoby nieco trudniej, bo i potrzeby bardziej zróżnicowane, i więcej tematów do ogarnięcia. Mimo to, naprawdę wiele bym dała za takie karteczki na ludziach. Żeby je mieli przymocowane w jakimś widocznym miejscu. I tak chociaż ze 3 informacje, albo więcej, jak ktoś chce i umie. Ważne, żeby czytelnie. Niekoniecznie o wodzie i temperaturze, ale też może być. (“muszę pamietać o jedzeniu, inaczej jestem wściekły”). W sumie każdy mógłby sam napisać to, co uważa za najistotniejsze informacje. A z czasem można by rozwinąć system czytelnych piktogramów, jak u roślin, albo na metkach ubrań. Albo jakieś kody do skanowania…

Te informacje mogłyby być ogólne i szerokie, na przykład:
“nie przeszkadzaj mi, kiedy się skupiam”, albo
“bardzo lubię chodzić po górach”,
“nie potrzebuję dużo rozmawiać, ale moja cisza nie znaczy, że was nie lubię”
“wino mi szkodzi, ale o tym zapominam”
“nie mogę żyć bez muzyki”, czy
“najbardziej na świecie kocham mojego psa”

Można by też pisać bardziej szczegółowo:
“jeśli czegoś ode mnie chcesz lub nie chcesz, mów mi to bardzo jasno, przegapiam delikatne sugestie”, czy:
“nie znoszę selera”, albo: “nie rozumiem sarkazmu, mów tylko prawdę”,
“nie chciej nic do mnie przed drugą kawą”,
“zabiję Cię, jeśli mnie obudzisz, a potem będzie mi głupio”
“nie przeszkadza mi, jak mnie obudzisz”
“mam tendencję do mówienia za dużo, nie obawiaj się mi przerwać, jeśli przesadzam”
“nie przytulaj mnie bez pytania, jak zapytasz, jest szansa, że możesz”
“bardzo się boję rozmawiać przez telefon, nie dzwoń, jeśli nie kończy się świat” albo: “żeby się czuć bezpiecznie, muszę mieć makijaż, zaakceptuj, że nie wyjdę bez” czy “jestem bardzo drażliwa na punkcie języka pogardy, bywam wtedy agresywna”.

Q&A

czyli: wywiad z samą sobą – krytyk wewnętrzny zadaje pytania początkującej blogerce.

Q: Dużo mówisz o ASD i ADHD. Czy jesteś ekspertem w sprawach autyzmu i ADHD? Jakie masz kwalifikacje? 

A: Nie jestem psychiatrą ani psychologiem (choć kiedyś chciałam zostać terapeutką i studiowałam psychologię zorientowaną na proces), więc nie, nie jestem specjalistką od autyzmu czy ADHD w żadnym formalnym sensie. Mam diagnozę ADHD, jestem osobą na spektrum, czyli najkrócej mówiąc: jestem samorzecznikiem (self-advocate). Mam wykształcenie lingwistyczne i pedagogiczne (UW), z zawodu i zamiłowania jestem nauczycielem francuskiego i angielskiego, pracuję z młodzieżą i dorosłymi. Przez lata różnych działań mających na celu zrozumienie siebie i poprawienie swojego funkcjonowania w społeczeństwie, włożyłam bardzo dużo pracy w zrozumienie tego, co się ze mną dzieje, dlaczego napotykam takie trudności, jakie napotykam i co można zrobić, żeby je minimalizować. 

Uważam, że w polskiej przestrzeni publicznej, szkolnej i internetowej wciąż za mało jest głosów dziewczyn i młodych kobiet mówiących otwarcie o tym, co to znaczy mieć nietypowy mózg, być na spektrum autyzmu, mieć ADHD. Lubię mówić i pisać, postanowiłam więc zostać takim głosem. 

Q: Nie jesteś więc osobą zawodowo zajmującą się zdrowiem psychicznym, jako kto więc piszesz? 

A: Jestem (a raczej: próbuję być) kimś, kogo po angielsku nazywamy: “self-advocate”, po polsku można powiedzieć: “samorzecznik, samorzeczniczka”. To taka osoba, która mówi o swoim doświadczeniu (choroby, niepełnosprawności, bycia mniejszością) po to, żeby inni mogli, jeśli chcą, lepiej zrozumieć, jak to jest być taką osobą, jak wygląda świat z jej perspektywy. Może się zdarzyć, że ktoś czytając odkryje, że ma podobny problem. Albo dowie się czegoś, co pomoże mu skuteczniej wspierać bliskich. 

Q: Co masz do zaoferowania twoim potencjalnym czytelnikom?

A: Przystępną narrację o tym, jak wygląda świat z perspektywy nieneurotypowej kobiety, która dostała diagnozę ADHD i ASD po trzydziestce.

Wskazówki, gdzie szukać materiałów, książek, artykułów czy grup na temat różnych aspektów spektrum i ADHD. Po angielsku jest nieporównywalnie więcej materiałów niż po polsku, planuję więc też tłumaczenie wybranych fragmentów różnych publikacji dotyczących spektrum.

Gotowość do dzielenia się moimi strategiami czy tzw. “life hackami”, które mogą pomóc radzić sobie z trudnościami.

Zrozumienie, gotowość do wysłuchania bez osądzania. 

Walidację, zapewnienie, że to, co ktoś przeżywa nie jest dziwne, głupie, że jest ok, nawet jeśli bardzo się różni od sposobu postrzegania świata przez NT*. 

Wsparcie, jeśli potrzeba. Pracuję w liceum społecznym i tam, jako tutor, zajmuję się towarzyszeniem młodzieży w rozwoju. Chciałabym wspierać także młodzież nieneurotypową: można do mnie napisać mail czy wiadomość na fb. Najszerzej mówiąc chciałabym tworzyć przestrzeń… nieneurotypowego siostrzeństwa – chciałabym zapewnić dziewczynom i kobietom, które są na ścieżce odkrywania siebie jako osób nieneurotypowych możliwość kontaktu z kimś, kto nie jest specjalistą od zdrowia psychicznego, a po prostu jest na tej ścieżce już od jakiegoś czasu i zebrał kilka doświadczeń. 

Moim marzeniem/planem jest zostanie prawdziwą, głośną i słyszaną samorzeczniczką: jestem na tyle “dziwna”, zagubiona i oddalona od neurotypu, że jest mi naprawdę trudno w codziennym życiu, a jednocześnie na tyle komunikatywna, że umiem obrazowo (i podobno ciekawie) mówić o swoim doświadczeniu ASD czy ADHD. Widzę się trochę jako “dziecko obu światów”: jestem z całą pewnością nieneurotypowa, a jednocześnie spędziłam pierwsze 30 lat swojego życia uważając, że jestem neurotypowa, ale głupia. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek musiał tak o sobie myśleć. Chcę, żeby ludzie wiedzieli, czym jest spektrum autyzmu i ADHD. 

Pamiętam bardzo dobrze, jak wielkim przeżyciem było dla mnie odkrycie, że mam ADHD: diagnoza, a nawet już samo przyjęcie takiego klucza interpretacyjnego moich trudności (przed oficjalną diagnozą) przyniosło mi ogromną ulgę. Pomyślałam wtedy, zachwycona: “czyli nie jestem leniwa ani głupia, tylko mój mózg działa inaczej!”. Diagnoza zdjęła ze mnie ogromne poczucie winy, a leki i stopniowe wprowadzanie strategii samoregulacji skutecznych przy ADHD pozwoliły mi znacznie usprawnić moje codzienne funkcjonowanie. 

Myślę, że nie jestem jedyna. Myślę, że jest sporo dziewczyn czy kobiet takich jak ja: którym jest trudno, które niby funkcjonują dobrze, ale tak naprawdę z powodu niezdiagnozowanego ADHD czy ASD nie radzą sobie z logistyką życia codziennego tak dobrze, jak by chciały. Zmagają się z uporczywym poczuciem winy i wiecznym pytaniem “co jest ze mną nie tak, że nie umiem rzeczy, które dla innych są takie proste?!”. To strasznie obciążające. Wierzę, że dla części z nich odkrycie, że mają ADHD może być początkiem ogromnej zmiany. Chciałabym więc pomóc niezdiagnozowanym kobietom i dziewczynom, które od lat czują, że “coś jest z nimi nie tak”, ale nie wiedzą co, spokojnie i uważnie rozważyć, czy to, co się z nimi dzieje, to aby nie ADHD lub ASD.

Q: Ty będziesz diagnozować? Ale czy tego nie powinni robić lekarze?

Pewnie, że powinni. Ale nie robią. A w każdym razie: nie wszyscy. Nie chcę generalizować, ale niestety, wiedza o spektrum autyzmu u kobiet i wiedza o ADHD u kobiet są w Polsce na dramatycznie niskim poziomie. Oczywiście, że ja nie będę nikogo diagnozować, nie mam do tego kwalifikacji! Jedyne co mogę zrobić, to pomóc znaleźć lekarzy mających wiedzę o ASD czy ADHD oraz podsunąć materiały zaznajamiające z tematem. Chodzi o to, żeby osoba szukająca diagnozy w ogóle była świadoma, że można być dorosłą, akceptowalnie funkcjonującą babką mającą pracę i dzieci i być na spektrum. Albo mieć ADHD. Albo jedno i drugie.

Panuje wiele szkodliwych stereotypów. Zarówno ADHD jak autyzm są często uważane za zaburzenia dotyczące tylko dzieci i tylko chłopców. A przecież z tego się nie wyrasta! Nie wyrasta się z autyzmu i w większości przypadków nie wyrasta się z ADHD. Więc “przegapiona” przez diagnostów dziewczynka jest teraz przegapioną przez diagnostów dorosłą kobietą i próbuje sobie jakoś radzić, nie wiedząc właściwie z czym ma do czynienia. Mnie jedna z lekarek (skądinąd bardzo fajna i z dużą wiedzą z innych dziedzin) powiedziała: “no ale jak pani ma mgr i lubi czytać, to pani nie może mieć ADHD”. Oj mogę! Bardzo mogę. 

W Polsce, jak ktoś mówi “ADHD”, najczęściej wyobrażamy sobie pięciolatka, który ciągle podskakuje, wyrywa innym zabawki albo przeszkadza na lekcji, bo nie może doczekać się na swoją kolej. NIE widzimy 25-letniej dziewczyny, która nadal nie napisała pracy magisterskiej, bo “jakoś tak nie może się zabrać”, czuje się odrzucona, jak jej przyjaciel dwa dni nie odpisuje na sms, a wczoraj znów zostawiła portfel w sklepie*. 

To szokujące, ale kobiety w spektrum autyzmu i kobiety mające ADHD często dostają po drodze kilka innych (trochę pasujących, a trochę nie) diagnoz, zanim wreszcie ktoś — często one same — odkryje, że chodzi o ASD albo ADHD. Te błędne diagnozy, jakie najczęściej dostają kobiety z ASD, to zaburzenie osobowości typu borderline lub zaburzenia dwubiegunowe i fobia społeczna. Zarówno zaburzenia dwubiegunowe, jak borderline dają pewne objawy pokrywające się w jakimś stopniu z ADHD czy ASD, ale życie z nieprawidłową diagnozą naprawdę nie jest fajne. Bo nie pasujesz już nie tylko do “normalnych”, ale do zaburzonych też jakoś nie… Ale o tym napiszę więcej w osobnym poście. 

Co ciekawe, mamy teraz wysyp diagnozujących się dziewczyn po trzydziestce, bo… idą do specjalisty, żeby wesprzeć swoje dziecko, a kiedy dziecko dostaje diagnozę, zdają sobie sprawę, że były w dzieciństwie DOKŁADNIE takie same, oraz że właściwie wiele rzeczy do dziś im nie przeszło. I wtedy szukają diagnozy dla siebie.

Często mówisz o ASD i ADHD wymiennie. Czy one muszą występować razem?

A: Absolutnie nie. Autyzm i ADHD to dwie różne sprawy i występują zupełnie niezależnie. Choć czasem tak się zdarza, że jedna osoba ma i ADHD i ASD. W moim przypadku tak się akurat złożyło, że są oba. Jestem podręcznikowym przykładem ADHD, wszystko się zgadza, to było jak olśnienie. Opisy ADHD i ja to jak stopa Kopciuszka i szklany pantofelek. A potem był ślub i żyliśmy długo i szczęśliwie. No a w każdym razie łatwiej. Jeśli chodzi o autyzm, lekarze zgadzają się, że wykazuję cechy zespołu Aspergera, ale ich natężenie nie jest na tyle duże, żebym np. miała orzeczenie o niepełnosprawności. Czasem mieszczenie obu “atrakcji” w jednej głowie prowadzi do niełatwych sytuacji. Standardową procedurą w moim życiu jest sytuacja, kiedy “mój wewnętrzny adhdowiec” ciągnie mnie na kolejne spotkanie, planuje aktywności i spontanicznie obiecuje zrobić mnóstwo rzeczy, a mój biedy, znękany “wewnętrzny autysta” cierpi i chlipie, przebodźcowany i wykończony, wleczony za nogę na kolejne spotkanie. I tak sobie współegzystują, lepiej lub gorzej.

Q: Po co założyłaś blog?

Żeby nie zamęczyć Męża i przyjaciół wiecznymi opowieściami o ADHD i ASD, tylko wrzucać je do internetu. A tak na poważnie, to założyłam blog głównie dla siebie, po to, żeby mieć konkretne miejsce, gdzie będę kompilować ważne dla mnie informacje o ASD i ADHD, takie jak listy książek o spektrum, kryteria diagnostyczne, adresy sprawdzonych specjalistów. Chcę też mieć miejsce na rzeczy, które napisałam: trochę po to, żeby mi się nie zgubiły (ADHD!), a trochę po to, żeby móc się potem nimi łatwiej dzielić, gdyby zaszła taka potrzeba. 

Posłużę się cytatem, żeby wyjaśnić, o co mi chodzi. Lucy Barton, bohaterka ważnej dla mnie książki “Mam na imię Lucy” powiedziała: “będę pisać i ludzie nie będą się czuli tacy samotni!” – ta filozofia jest mi bardzo, bardzo bliska. Przez wiele lat, mimo wielu kontaktów społecznych i bycia otoczoną dobrymi ludźmi, którzy starali się mnie zrozumieć, czułam się niezwykle samotna. Czułam się niezwykle samotna, bo nikt nie rozumiał o co mi chodzi i dlatego, że ja sama tego nie rozumiałam. Może to zabrzmi patetycznie, ale jeśli choć jedna osoba przeczyta to, co piszę i poczuje się mniej samotna, będzie warto.

Q: Chcesz coś jeszcze dodać? 

A: Tak! I have a dream!

Myślę też, że blog może być dobrym wstępem, początkiem mojej działalności w roli samorzeczniczki i edukatorki. Jestem nauczycielką, kocham uczyć i mam coraz silniejsze przekonanie, że moim zadaniem jest nie tylko uczyć ludzi języków, ale też edukować ludzi o spektrum autyzmu i ADHD. Chciałabym bardzo, żeby rodzice i nauczyciele mieli większe kompetencje do rozpoznawania dziewczyn w spektrum, po to, żeby dać im adekwatne wsparcie. I nie mam nawet na myśli wsparcia instytucjonalnego. Chodzi raczej o to, żeby opiekunowie wiedzieli, że potrzeby i sposoby reakcji osoby nieneurotypowej są inne, niż osoby neurotypowej i żeby traktowali ją zgodnie z jej potrzebami. I przede wszystkim: żeby ona sama wiedziała i nauczyła się akceptować, że czasem jej ciało i głowa będą działały inaczej, niż u większości ludzi wokół. 

*ASD – autistic spectrum disorder, czyli spektrum zaburzeń autystycznych. 

*NT – osoby neurotypowe czyli takie, kolokwialnie mówiąc: “normalne”, w opozycji do osób ND czyli “neurodiverse” czyli “neuroróżnorodne”, “nieneurotypowe”, ten skrót opisuje osoby z ADHD czy ASD oraz inne inne. 

* Jeśli odnajdujesz w tym opisie siebie to nie znaczy, że na pewno masz ADHD. Ale może warto o tym poczytać?